poniedziałek, 16 lipca 2012

ee cummings i sekrety życia ("53")


Zadziwiające jest to, że przestałam czytać wiersze. Przecież zawsze były obecne w moim życiu, pisałam on nich pracę magisterską, itd. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, większość mojego czasu zajmuje praca (durne gapienie się w komputer), a tomy poezji zastąpione zostały gazetkami o gotowaniu, itd. 

Ale wczoraj znienacka zaczęłam mysleć o tym wierszu (bo przecież fascynacja poezją kompletnie nie zniknęła), powtarzając sobie cytat "may my mind stroll about hungry/ and fearless and thirsty and supple". Pewnie dlatego, że bardzo tęsknię do czasów, kiedy mój umysł faktycznie spacerował wiecznie głodny, nieustraszony, elastyczny i giętki...

Nie podoba mi się polskie tłumaczenie (właściwie jeden wers, w którym wyraz "sky" zostaje przetłumaczony jako "bramy niebieskie", jakby słowo "niebo" nie było wystarczająco poetyckie), nie mam ochoty silić się nad własnym, więc poniżej tekst oryginału:

may my heart always be open to little
birds who are the secrets of living
whatever they sing is better than to know
and if men should not hear them men are old

may my mind stroll about hungry
and fearless and thirsty and supple
for even if it's sunday may i be wrong
for whenever men are right they are not young

and may myself do nothing usefully 
and love yourself so more than truly
there's never been quite such a fool could fail
pulling all the sky over him with one smile

birds = secrets

secrets = birds

Ptaki śpiewają sekrety, same są sekretami życia. O czymkolwiek by nie śpiewały, jest to piękniejsze i bardziej tajemnicze niż wiedza przekazywana w encyklopediach, w trakcie niedzielnych wizyt w kościele, ulotniejsze niż nam się wydaje ("whatever they sing is better than to know"). Mylić się, być głupcem  to takie normalne, a jeden uśmiech, kochanie siebie może zdziałać więcej niż bycie użytecznym i pożytecznym.

Młodzi ludzie wydają się być nieustraszeni, poszukują. Kiedy stajemy się dorośli, nasze poszukiwania są mniej zachłanne i konieczne do życia, zapominamy o tych drobiazgach, które kiedyś sprawiały nam przyjemność (little birds, little secrets). Wydaje nam się też, że mamy też więcej racji ("men are right"). Oczywiste, prawda?

Ale czy potrzebne?

Zawsze podobało mi się to, że ee cummings nie używał znaków przestankowych. Jakby nie miał na nie czasu. Jakby to, co jest w tekście (wszystkie prawdy i sekrety) wykrzykiwane było tak szybko, jak tylko się da. Człowiek głodny i spragniony (chcący "pożreć" świat, chcący jak najwięcej poznać i zobaczyć) nie ma czasu na takie detale jak przecinek czy kropka. 



poniedziałek, 4 kwietnia 2011

On walking

I walked
from work today -
- spring.

--


Walking
makes me
spring.

--

Pink magnolias over
the blue asphalt -
no longer blue.

niedziela, 6 marca 2011

Kilka słów o "Ugly Betty"...

Mam już za sobą ostatni odcinek „Ugly Betty”. Szkoda, że producenci serialu postanowili zakończyć go na serii czwartej, mimo wielu sugestii na to, że można by zrobić kolejne. Prawdopodobnie spadła oglądalność, spadły dochody z reklam, a przecież telewizja to biznes i trzeba walczyć o przetrwanie. W świecie telewizji 4 sezony to i tak dużo, biorąc po uwagę to, że  takie dobre seriale jak choćby „Carnivale” zakończyły się na dwóch. Czasami też lepiej skończyć u szczytu, zanim jeszcze zjawisko/produkt (którymi „Ugly Betty” niewątpliwie jest) nie straci popularności. „Ugly Betty” miała być tak zwaną „zapchajdziurą” w oczekiwaniu na sezon czwarty mojego ukochanego „Mad Men” (o którym tu pewnie kiedyś napiszę), ale szybko tą „zapchajdziurą” być przestała. Za serce chwyciła mnie nie tylko główna bohaterka, taki Kopciuszek w poncho, zaradna, przyjacielska, ale także jej rodzina: ciepły tata (który kocha mocno i miłość wyraża poprzez gotowanie pysznych kalorycznych dań), jej siostra (Hilda – mogę słuchać jej paplania godzinami), a takze Justin (zafascynowany modą i tańcem nastolatek). Szybko zainteresowałam się problemami rodziny Meade, kolejnymi spiskami Wilhelminy Slater dotyczącymi przejęcia firmy, miłostki bohaterów, zachwyciłam się wnętrzami, strojami i różnymi serialowymi  ekstrawagancjami, a także efektem komicznym, jaki serwowali nam często Marc i Amanda. 

Nie urodziłam sie wczoraj i wiem, że seriale przedstawiają „życie na niby”, wycinek sztucznej, odizolowanej rzeczywistości. Podzieliłabym je jednak na dwie kategorie: prawdopodobne i nieprawdopodobne. Do pierwszej kategorii zaliczę wspomniany tu już, nieco inny gatunkowo,  „Mad Men”, który przedstawia pracowników agencji reklamowej w Nowym Jorku lat, ich rodziny i ich problemy. Jego twórcy włożyli dużo pracy w odtworzeniu życia w latach sześćdziesiątych, od strojów począwszy, poprzez wnętrza domów, instytucji, wynalazków, skończywszy na przedstawieniu wydarzeń historycznych, które często mają wpływ na akcję serialu. Postawiono tu na autentyczność i emocje, dużo emocji. Do kategorii drugiej zaliczyłabym właśnie „Ugly Betty”, która jest swoistą baśnią. Pierwszy z brzegu przykład na to: Betty Suarez („oferma”) zaczynająca pracę w szykownym magazynie o modzie. W baśniach czytamy o walce dobra ze złem, ale w prawdziwym życiu rzadko kiedy spotykamy postacie czarno-białe, a one właśnie w tym serialu się pojawiaj, na przykład Wilhelmina Slater jest „wiedźmą”, a Daniel Meade gra rolę biednego chłopca, któremu trzeba wiecznie pomagać. Kolejnym baśniowym elementem „Ugly Betty” są wnętrza i stroje. Wcześniej wspomniany przeze mnie podział na postacie dobre i złe odzwierciedla się nawet w strojach! 

Styl Betty zdecydowanie wyróżnia się na tle pracowników magazynu „Mode”, nie do końca na korzyść dla Betty, przynajmniej na początku pierwszego sezonu.  Wiele napisano o tym, że jest ona typowym „nerdem” (ofermą, kujonem), wskazują na to wielki aparat na zęby, „babcine” kamizele, ciężko opadająca na czoło grzywka oraz okulary w grubej oprawie (które Betty nosi od czasów liceum). Marc i Amanda zakładają nawet blog archiwizujący wszystkie stroje, w jakich przychodziła do pracy Betty, po to tylko, by mieć z czego się naśmiewać w wolnych chwilach. Szczerze, ja od początku zachwycałam się niezwykłymi połączeniami kolorystycznymi w jej strojach, tym, jak główna bohaterka łączy wzory oraz jej akcesoriami (torebkami w szczególności). Szczególnie podobały mi się stroje Betty z sezonu trzeciego i czwartego, kiedy stonowała nieco swoje ubraniowe szaleństwa, ale nie zatraciła swej unikalności. 

Nieatrakcyjność Betty
Betty często wygląda źle, tak jak każdy normalny człowiek. Trudno wyglądać atrakcyjnie, gdy ma się na sobie okład z ogórków...(tak, w czasie oglądania serialu robiłam screenshoty i potem zrobiłam im zdjęcia!).
...lub twoja siostra i siostrzeniec plują na ciebie pastą do zębów...
...albo, kiedy w ramach pracy nad nowym artykułem, trzeba przywdziać strój parówki:


Każdemu zdarzają się też wpadki przy pozowaniu do zdjęć do nowej legitymacji firmowej. Na mojej wyglądam jak pudel, a Betty? Sami zresztą zobaczcie:


Należy tu też wpomnieć fakt, że Wilhelmina przez pewnien czas morderczo znęcała się nad Betty i kazała jej testować różne produkty, jeden z nich spowodował krosty na ciele, a drugi sprawił, że włosy Betty wyglądały naprawdę koszmarnie (kolejny dowód na to, że Willie jest wiedżmą). O słynnym poncho nie wspomnę, bo to pierwsze, co pokazuje Google po wpisaniu słów „Ugly Betty"...

Widzowie serialu „Ugly Betty” zdają sobie sprawę z tego, że Betty tak naprawdę brzydka („ugly”) nie jest, że to tytuł nadany został nieco na przekór. Bo jak brzydką może być osoba, która ma w sobie tyle dobra i ciepła, a na dodatek tak bogatą osobowość, którą wyraża w swych kolorowych strojach? W pewnym momencie zdajemy sobie sprawę ztego, że główna bohaterka jest tylko nieatrakcyjna według standardów świata mody i tego właśnie serialu. To urok tego filmu! Tak jak w wielu baśniach w ciągu trwania serialu Betty przeobraża się z niepewnego swoich możliwości brzydkiego kaczątka w łabędzia (nie mogę uwierzyć, ze to napisałam!). 

Do rzeczy

Tak jak już wcześniej napisałam Betty (a raczej twórcy strojów w serialu) łączy kolory i desenie w taki sposób, w jaki zwykłym śmiertelnikom by się nie śniło. Mieszaniny wzorów i barw wydają nam się bardzo w złym smaku, ale jeśli chodzi o stroje Betty – w tym szaleństwie jest metoda...

 Spójrzcie na zdjęcie poniżej. Betty ma na sobie wielokolorowy płaszcz w gemetryczno- kwiecisty wzór i bluzkę, która pasuje do płaszcza tylko dlatego, że ma fioletowy „żabot”; spódnica wydaje się być zrobiona z tego samego materiału (mylnie zresztą), co część rekawów płaszcza, w związku z tym stanowią ciekawe połączenie; fioletowe rajstopy pasują do wszystkiego, co na sobie ma Betty. Torebka-pudełko (jedna z moich ulubionych) sprawia, że cały strój, mimo całej swojej krzykliwości, jest bardzo spójny.



W kolejnym stroju Betty najbardziej spodobała mi się spódnica-pejzaż miejski, a także to, że połączono ją z niebieską bluzką w żółte grochy. Spódnica ma w sobie sporo niebieskiego i żółtego, więc niebieska bluzka i żółty sweter wydają się być na miejscu. Różowa puchowa kurtka burzy tę monotonię.
W kolejnym stroju Betty Suarez postawiła na drobne wzory: sukienkę w ciapki i sweterek w wąskie paski; sprawiła, że do siebie pasują właściwie tylko dlatego, że są w podobnej kolorystyce. Podoba mi się to, że na szyi ma apaszkę w grube pasy, która przełamuje „nudę” reszty ubrania.
Poniżej cudownie wiosenne połączenie jasnoróżowego sweterka i kwiecistej sukienki, znacznie bardziej stonowane niż kilka poprzednich zestawów. Ale, jeśli spojrzeć na „ponuro” ubranego na tym zdjęciu Marca, wcale nie wydaje się taki stonowany.
Na następnym zdjęciu spódnica, na której widok moje serce mocniej zabiło. Wzór przedstawia wiele postaci w różnych strojach, od razu przypomina mi dnie spędzone na rysowaniu własnych projektów ubrań...Sama nie założyłabym  do niej takiego swetra, ale w przypadku Betty to naprawdę działa:-)
W ostatnim sezonie “Ugly Betty” w kreacjach głównej bohaterki coraz mniej jest szaleństw, które ustępują miejsce garderobie nieco bardziej formalnej. Nie oznacza to, że stroje stają się nudne, Patricia Field (stylistka na planie serialu) stawia bowiem na zabawę kolorem niż deseniem. Jeden z moich ulubionych zestawów ostatniego sezonu jest ten poniżej. Mimo że nie przepadam za różowym, chętnie założyłabym wszystko, co Betty ma tu na sobie.
Niżej znajdziecie kilka zdjęć z ostatniego sezonu. To nowy, ale wciąż unikalny, image Betty. Łatwo zauważyć różnice między Betty z sezonów wcześniejszych. Nawet Wilhelmina zwraca na to uwagę:

[Wilhelmina i Marc mijają Betty w biurze]

“- Marc, does she look...*nice*?

- Willy, you swore you would die before you complement on Suarez’s ensamble!”









 Detale/dodatki

Często mam wrażenie, ze Betty jest królową dodatków, zwłaszcza wspomnianych już tu torebek. Warto więc przyjrzeć się kliku z nich. 

Betty nigdy nie nosi tej samej torby kilka razy. Często można zobaczyć ją niosącą dużą czerwoną „aktówkę” przewieszoną przez ramię, ale nigdy nie poprzestaje tylko na niej. Moją ulubioną torebką z tego serialu jest chyba torba-domek. Co ciekawe, reszta garderoby Betty uchwycona na zdjęciu poniżej nie budzi moich żadnych emocji.

Inną mniej standardową torbą, jaką ma Betty w swojej sporej kolekcji jest torba-koszyk. Wydaje się być bardzo praktyczna, a na dodatek bardzo dziewczęca (na stole po prawej):
Kilka torebek należących do Betty wygląda na autentyki z lat 50. i 60. Choćby te dwie poniżej. Pierwsza, tzw. box bag, która świetnie pasuje do uwielbianych w tamtych czasach (i świętujących powrót na wybiegi w tym roku) spódnic typu A-line. Druga, już bardziej kojarzona z latami 60. torebka, którą mogła by pochodzić z planu zdjęciowego „Mad Men” (wybaczcie słabe zdjęcie). 

(Zauważcie też różnicę w image Betty na obu tych zdjęciach!)


A teraz dwie inne:





Oprócz torebek, moją uwagę zwróciły też broszki/ozdoby, które w okolicach szyi nosi Betty. Dodają jej strojom dużego uroku i podkreślają unikalność Betty i jej stylu.

Poniżej przy śniadaniu. Na pierwszy rzut oka zauważamy tylko wielką perłową broszkę w kształcie kokardy, ale jeśli przyjrzeć się bliżej, dostrzeżemy (oprócz obiektywu mojego aparatu), że bluzka/sukienka, do której przyczepiona jest owa broszka jest też w kokardki. Uwielbiam takie detale jak ten!



Bardzo podoba mi się to, jak broszka-wisienki wyróżnia się na tle niebieskiej sukienki w białe grochy. Chętnie założyłabym tę sukienkę, nie miałabym żadnego problemu, by pokazać się w niej na ulicy – jest bardzo dziewczęca, może przez te wisienki właśnie?





Znów grochy, znów niebieski materiał. Zauważyliście, co Betty ma przyczepione do sweterka? Broszkę w kształcie ust i szminki! Chyba właśnie przez tę broszkę mam ochotę powiększać swoją wciąż rosnącą kolekcję biżuterii (pomijając fakt, że uwielbiam szminki). 


Betty ma duże upodobanie do motyli. W jednym odcinku staje się nawet „poskramiaczką motyli” (nie będę nikomu psuła oglądania i nie powiem, o co konkretnie chodzi). Na kolejnym zdjęciu wielka kryształowa broszka-motyl sprawia, że czarna sukienka staje się ciekawsza. 


Betty ma nie tylko wiele pięknych brosz, ale też pasków o niezwykłych klamerkach. Wielokrotnie widziałam jak nosi takie w kształcie insektów, jedna z nich poniżej:


A wracając do motywu kokard, spójrzcie na kolejne zdjęcie. Niebieska kokarda na tle pomarańczowej sukienki wygląda rewelacyjnie. 


W innym stroju Betty zachwyciły mnie kokardki u rękawów. Nie wiem, czemu, ale skojarzyły mi się z Lady Gaga.


Betty jest też właścicielką sporej kolekcji pięknych butów, których niestety nie udało mi się uchwycić na moich zdjęciach. Spójrzcie jednak na te buty po prawej. Wspaniałe, prawda?

Na koniec

„Ugly Betty” mnie pochłonęła. Mimo że to baśń, wiem, że nie dzieje się naprawdę, że postacie są stereotypowe, niektóre ich zachowania przerysowane, ale budzi we mnie emocje, dużo emocji. I zachwyca – przede wszystkim strojami i to nie tylko strojami Betty:- )

Mały druk: serial oglądałam robiąc print screen kiedykolwiek zauważyłam zestaw/detal warty uwagi i przenosząc screenshot to dokumentu Word. Potem zrobiłam im zdjęcia, dlatego jakość jet taka kiepska (za co przepraszam). Mam nadzieję, ze abc wybaczy mi takie poczynania.

niedziela, 26 września 2010

Zdjęcia - ich znaczenie

Byliśmy na wakacjach w Chorwacji. Pierwsze prawdziwe wakacje od pewnie 10 lat, bo w końcu te studenckie wyjazdy "za chlebem" albo wizyty u rodziny się nie liczą jako wakacje. Też pierwszy taki prawdziwy urlopowy wyjazd z Kubą. Trogir, Split, upał, burek, tanie i pyszne lody, palmy, długie wycieczki w pełnym słońcu, no i masa zdjęć. Tak bardzo się cieszyłam, bo nowe miejsca oznaczało także mnóstwo inspiracji fotograficznych, a wąskie uliczki miast, które odwiedziliśmy i cała masa dobrego światła tylko zachęcały do robienia zdjęć. 

Zaraz po przyjeździe do domu obejrzałam zawartość karty z aparatu, wykasowałam te zdjęcia, które wydały mi się niezbyt korzystne dla mojego image oraz te ruszone lub nieostre. Okazało się potem, że wykasowałam nie pojedyncze pliki, ale wszystko, co było na karcie. Wszystko. Potem próbowałam odzyskać wakacyjne zdjęcia i filmy, ale żaden program nie pomógł.

“Photographs furnish evidence” (Susan Sontag)

Mam te zdjęcia w głowie, pamiętam, wspomnienia są jeszcze żywe, ale za kilkanascie lat (a może nawet kilka miesięcy) będzie mi trudno sobie przypomniec, co robiłam i gdzie byłam w sierpniu 2010. Zdjęcia to nie tylko wspomnienie, przedstawienie danej chwili, ich zadaniem jest z „przypominać” nam o przeszłości, a także „udowadniać”, że pewne wydarzenia „były” („A photograph passes for incontrovertible proof that a given thing happened” jak pisała Susan Sontag). Nie udowodnię swoim dzieciom czy znajomym, że byłam w Chorwacji samymi słowami czy kapeluszem z trawy morskiej, który przywiozłam sobie z Trogiru. Opalenizny też nie mam, bo używałam kremu z wysokim filtrem ochronnym.

“To collect photographs is to collect the world” (Susan Sontag)

Stworzyłam w swoim komputerze folder z inspirującymi zdjęciami i obrazami. Jestem zachłanna, łatwo uzależniam się od internetowych kolekcji zdjęć. Często mam wrażenie, że, by łatwiej zrozumieć świat i to, co się z (w) nim dzieje, wystarczy mieć szeroko otwarte oczy i umieć uważnie przyglądać się innym. Więc praktykuję uważność, z naciskiem na uważność wizualną. Robienie zdjęć w Chorwacji było sposobem na oswajanie tego kraju, to było przyglądanie się i próba zrozumienia, a zdjęcia już wydrukowane miały być moją inspiracją, wytchnieniem. Miały być kolekcją świata, w którym byłam.


Cieszę się jednak, że do Chorwacji chcemy kiedyś wrócić. Będę wtedy ostrożna i liczę na to, że zdjęć nie zaprzepaszczę.

środa, 30 czerwca 2010

Ośla Skórka

Jakiś czas temu po obejrzeniu "Parasolek z Cherebourga" (które swoją drogą były cudownym przeżyciem audio-wizualno-emocjonalnym)  Jacquesa Demy nabrałam ochoty na inne filmy w jego reżyserii.

Trafiłam na "Oślą Skórkę" (1970). Tak bardzo przypominała mi uwielbianą przeze mnie serię o Arabelli z Rumburaka, że ogłądając ją poczułam się trochę jak mała dziewczynka. Nie wspominając już tego, że zawsze interesowały mnie przeróbki znanych mi motywów ludowych, literackich, itd. Zachwyciły mnie suknie noszone przez odtwórczynię głównej roli, Catherine Deneuve, i piosenki przez nią śpiewane, na przykład ta (kilkakrotnie się później pojawiająca):




Na łożu śmierci żona mocarnego króla przykazała mu ożenić się z kobietą piekniejszą od siebie. Jedyną taką osobą w państwie jest jego córka, która, jak to córki w baśniach, w ogóle nie brała tego pod uwagę. Z pomocą ciotki-wróżki postanowiła się sprzeciwić woli ojca i kilkakrotnie prosiła o wykonanie niezwykłych zadań zanim miałaby się zgodzić na ślub. Kazała mu uszyć suknię z promieni słońca, potem światła księżyca, a gdy się okazało, że to nie było dla króla takie trudne, poprosiła o skórę magicznego osła. Następnie przybrana w oślą skórę uciekła z zamku i zajmowała się mało królewskimi pracami (na przykład pasła indyki). Po pewnym czasie zakochał się w niej podróżujący po okolicy książę, który wkrótce później ją poślubił. Wszystko to w otoczce magicznego kiczu i słodyczy. W końcu Ośla Skórka i książę byli sobie przeznaczeni, cokolwiek by się nie stało i tak trafiliby w swoje ramiona...

Ze wszystkich ilustracji do "Oślej Skórki" najbardziej magiczne i interesujące wydały mi się prace współczesnej francuskiej ilustratorki Anne Romby, na które natrafiłam przeglądając jeden z moich ukochanych blogów o sztuce.  Daleko im od atmosfery filmu z 1970 roku, emanuje z nich za to średniowieczna albo bliskowschodnia magia. Oto kilka moich ulubionych ilustracji  (pochodzą z wcześniej wspomnianego bloga):





Który sposób obrazowania podoba Wam się bardziej, Demy czy Rombe? Napiszcie!

Polecam stronę SurLaLune Fairy Tales, na której można znaleźć tę i wiele innych baśni z adnotacjami oraz ilustracjami. Sądzę, że wspomnę o niej jeszcze wiele razy.

środa, 23 czerwca 2010

Abe Kobo i Tetsuya Ishida

Młody entymolog wybiera się na wydmy w celu zindentyfikowania nowego gatunku żuka. Gdy zbliża się noc zostaje mu zaoferowany nocleg w domu zamieszkiwanym przez kobietę, której głównym zajęciem jest usuwanie piasku z wydm. Gdyby nie ona - piasek zasypałby wioskę. Główny bohater powieści zostaje uwięziony na wydmach i próbuje się wydostać.

Kiedy wiele lat temu czytałam "Kobietę z wydm" Abe Kobo była to dla mnie głównie powieść o wolności, a raczej jej braku. Nie do wytrzymania była dla mnie myśl o tym, że to ja mogłabym być w takiej sytuacji jak Niki Jumpei; ale teraz często jestem w niej metaforycznie. Może też dlatego pomyślałam o tej powieści, gdy odkryłam twórczość Tetsuya Ishidy (1973-2005). 

Główny bohater jego obrazów zostaje zamknięty, uwięziony, zatrzaśnięty w swoim otoczeniu. Dosłownie. Wizje Ishidy cechuje atmosfera klaustrofobii, smutku, samotności. Trochę jak z Kafki, trochę jak z Abe Kobo.






poniedziałek, 24 maja 2010

Mamy w sobie i zło, i dobro...

 "Te obrazy, pejzaże, które w nas są, żyją, te szczegóły, 
które w danym momencie nie wydawały się takie ważne,
teraz stoją na straży wyobraźni" 
(M. Komorowska) 

Z jakiegoś dziwnego powodu nie znoszę czytać wywiadów, wszystko mi jedno czy są one z  kimś, kogo znam z ekranu albo z kimś zupełnie mi obcym, nie lubię i już. Ta rozmowa z Mają Komorowską ("Zwierciadło" z listopada 2009) natomiast przykuła moją uwagę.

To rozmowa o uważności ("nie ma ważniejszej rzeczy niż uwaga") i dyscyplinie: "jest w nas potencjał, który trzeba drążyć, cierpliwie, długo, uważnie, a wtedy możemy osiągnąć rzeczy, o których nie myśleliśmy, że nas na nie stać". Rozmowa o  wrażliwości i uwrażliwianiu na życie, i o drobiazgach, które mają dla nas sens i sprawiają, że życie jest spójne...takich drobiazgach jak na przykład dobieranie wazonów do kształtu i rodzaju bukietu, jaki do niego włożymy.

Maja Komorowska zwraca uwagę na to, że "nasze życie jest nieustannym balansowaniem, szukaniem właściwej drogi. Ludzie wierzący robią rachunek sumienia, który pomaga im zobaczyć, co zrobili dobrze, co źle. Ale nawet człowiekowi, który nie nazywa siebie wierzącym, podsumowanie tego, co było w ciągu dnia, może pomóc się zmienić." W sumie to takie oczywiste, ale kto z nas to robi każdego wieczoru?

 Maja Komorowska się niczym nie przechwala, mówi jak jest, ale z sensem i mądrze, warto z niej czerpać!